niedziela, 30 czerwca 2019

Prolog

Dwadzieścia pięć lat wcześniej...

Zamek Kharren wydawał się martwy. Wśród czarnych, zimnych murów, przerywana jedynie potępieńczym wyciem wiatru, królowała cisza. Nawet odziane w czarne płaszcze, przemykające sylwetki nie wydawały najmniejszego szmeru. Dopiero dalej, w głębi zamku wyłapać można było szepty zebranych w kuluarze mistrzów i najlepszych adeptów. Nikt jednak nie ważył się podnosić głosu. Gdyby ktokolwiek wykazał się tak wielką bezmyślnością, rychło skończyłby w Otchłani. Panowie zamczyszcza nie należeli do łaskawych.

Księżyc zaglądnął przez ozdobione witrażami okna, rzucając na posadzkę kuluaru upiorne cienie. Jeden z czempionów, około czternastoletni chłopiec o zimnych, złych oczach, odwrócił głowę, wyłapując ruch pod żebrowym sklepieniem. Włochaty pająk, który właśnie odnalazł dobre miejsce do łowów, zabrał się do tkania sieci.

Zaraz jednak adept, na wzór pozostałych dranów, skierował wzrok w stronę, z której dobiegł szybki stuk obcasów. Kilka uderzeń serca później, zza rogu wyłonił się mężczyzna. Powłóczysta, czarna szata Radnego, kontrastująca z jasnymi, sięgającymi pasa włosami, ciągnęła się za nim, zbierając z posadzki drobiny kurzu. Dran, choć przystojny, o zgrabnym nosie i szlachetnym profilu, nie budził sympatii. Wręcz przeciwnie. Jego wyniosła postawa i oczy pełne nieopisanego chłodu sprawiały, że, wbrew niepozornej posturze, budził lęk. I nie bezpodstawnie – wśród łowców strach był emocją najbardziej potępianą, mistrzowie od najmłodszych lat dokładali starań, by wypleniać z adeptów ową haniebną skazę, domenę słabych. Lecz jasnowłosego Radnego lękali się nawet najpotężniejsi mistrzowie.

Na twarzy mężczyzny malowała się pogarda tak silna, że można ją było niemal pomylić z nienawiścią.

– Elerath!

Elerath Dahi, jeden z pięciu arcymistrzów, zatrzymał się. Zacisnął pięści skryte w głębokich rękawach, skrzywił wargi. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni ktoś znieważył go do tego stopnia. Adepci nie mieli prawa odzywać się w towarzystwie Radnych, mistrzowie zaś zabrać głos mogli tylko po uprzednim zwyczajowym ukłonie, wyrażającym szacunek i bezbrzeżne posłuszeństwo. Za złamanie jednej z tych zasad groziła chłosta, trwająca trzy klepsydry. Karani rzadko kiedy doczekiwali drugiej. Zwrócenie się do arcymistrza po imieniu zaś karane było śmiercią.

Elerath odwrócił się powoli, wbijając wzrok w tego, który śmiał być na tyle bezczelny bądź głupi, by pominąć tytuły i odnieść się do niego, jak do równego sobie. Ciekawiło go, kto tym razem straci głowę. Czuł już nawet pewnego rodzaju satysfakcję z perspektywy nadchodzącej egzekucji. Dawno nie brał udziału w podobnym widowisku.

Zadarł brodę i skrzywił się odruchowo, bowiem kara, którą zamierzał wymierzyć, w jednej chwili stała się niemożliwa do wykonania. Stłumił kłębiący się wewnątrz gniew, przeklinając w myślach echo, które zniekształciło głos Radnego, doprowadzając do pomyłki. Przed nim stał arcymistrz Dalion Severne.

– Masz do mnie sprawę? – Nad wyraz formalny głos Eleratha był równie nieprzyjemny, co spojrzenie.

– Mam – warknął Dalion, wycelowując palcem w rozmówcę. Zaraz jednak opuścił rękę, wyczuwając na sobie ukradkowe spojrzenia zza filarów, zebranych w kuluarze łowców. Nie często widywało się w dolnym zamku aż dwóch arcymistrzów. A jeszcze rzadziej dało się przysłuchać ich zatargom.

– No, więc czego chcesz? – spytał Elerath, gdy tylko znaleźli się w westybulu. Tak jak w pozostałych częściach zamku panował tu półmrok, rozświetlony jedynie księżycowym światłem i tlącymi się pochodniami.

Skierowali kroki w stronę wrót. Tylko tam mogli liczyć na pełną prywatność. Choć zakradanie się i podsłuchiwanie Radnych karane było śmiercią, nie mogli mieć pewności, czy w którymś z mistrzów lub adeptów nie przezwycięży ciekawość. Mimo że bardzo się starali, w każdym dranie pozostawała jakaś cząstka człowieka.

– Czego chcę, pytasz? Żebyś nabrał pokory i szacunku do reszty Rady.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Wiesz, i to nazbyt dobrze – syknął Severne, usiłując złowić spojrzenie konfratra. – Nie było cię na posiedzeniu.

– Miałem istotną spra...

– Do najgłębszych mroków, nawet nie próbuj! Twoje mętne tłumaczenia nikogo nie nabiorą. Czy ty naprawdę masz nas za głupców?

Elerath nie odpowiedział. Wzniósł oczy ku sklepieniu ozdobionemu misternym malowidłem. Na plafonie widniała legendarna scena, w której Kharren zabijał pierwszego frydra. To od tego wszystko się zaczęło, przemknęło mu przez myśl. Przez dłuższą chwilę Dahi wpatrywał się we fresk, rozważając, co należy uczynić. Wreszcie spojrzał na Daliona i już otworzył usta, by odpowiedzieć, gdy zza wierzei rozległ się płacz.

Spojrzeli po sobie i na krótki moment wrogość pomiędzy nimi uleciała, zastąpiona zdumieniem. Pchnęli skrzydło wrót i zaniemówili obaj. Na schodach, na przedostatnim stopniu, leżało zawiniątko, w którym coś ruszało się niezgrabnie.

Dalion zbliżył się i pochylił. Gdy zaś odkrył fałdy materiału, dwoje zielonych ślepi przeszyło go niby bełt. Severne nie należał do ckliwych, ani takich, na których łatwo było zrobić wrażenie, lecz świdrujące spojrzenie uwięziło go, sprawiło, że na krótką chwilę w jego głowie zapanowała pustka. W tych oczach było coś, czego nie rozumiał, a co hipnotyzowało i sprawiało, że nie mógł oderwać wzroku.

– To niemowlę – powiedział wreszcie, jakby próbował przekonać samego siebie, że to co widzi, nie jest tylko złudzeniem. – Dziewczynka...

– Niemożliwe, nikt, prócz mistrzów i adeptów, nie ma prawa postawić choćby stopy na tej wyspie. Zresztą, nawet gdyby ktoś się odważył, nie uszedłby z Vrydd żywy.

– A jednak to dziecko tu jest.

– Jego obecność jest wbrew naszemu prawu i, zgodnie z kodeksem, musi zostać stracone.

– O czym ty mówisz? – warknął Dalion, biorąc niemowlę na ręce. – To dziecko jest jeszcze nieświadome, nie znalazło się tu z własnej woli. To przeznaczenie.

Elerath wybuchł wymuszonym śmiechem.

– Przeznaczenie? Nie rozśmieszaj mnie! Ten podrzutek...

– Ten podrzutek zostanie dranem.

– Co?!

– Narzekasz na nadmiar adeptów?

– Nie, ale...

– Dziecko zostanie w Kharrenie, tu będzie się wychowywać i od małego zgłębiać tajniki Akademii. Zostanie wyszkolone na łowcę i jeśli przeżyje, tak jak pozostali, ruszy w zgliszcza świata i dopilnuje, by nie rozpadły się na kawałki.

– Nie masz prawa, Dalion! – Elerath poczerwieniał, wybałuszając oczy.

– Ja sam, nie, ale Rada już tak.

– Jeśli reszta się na to zgodzi, znaczyć to będzie, że oszaleliście i świat już się rozpadł! – Krzyknął. Ręce drżały mu, domagając się rękojeści korda. Krew wrzała, ponaglając do działania. Lecz choć należał do najpotężniejszych ludzi w Irdenie, wiedział, że tego zrobić nie ma prawa. 
Zacisnął wargi i odwrócił się gwałtownie. Nie odezwawszy się ni słowem, zniknął w mroku zamczyska, pozostawiając po sobie jedynie ciszę.

Severne odwrócił wzrok od bramy i spojrzał na niemowlę. To uśmiechnęło się rozkosznie, do reszty topiąc serce arcymistrza. Mężczyzna wyciągnął dłoń. Zbliżył ją z wahaniem do rumianej twarzyczki i opuszkami palców pogładził policzek, nie mogąc powstrzymać tego nagłego impulsu. Wściekła zieleń hipnotyzowała.

– Wygląda na to, że właśnie uszłaś z życiem... – urwał, nie wiedząc, jak zwrócić się do dziewczynki. 

– Deidree. Tak, tak będzie dobrze... A więc witaj w swoim nowym domu, Deidree, drano z Kharrenu.